Gośka

Obudził mnie telefon.- Synu, zhańbiłeś nasze nazwisko na zawsze - powiedziała łamiącym się głosem zranionej działaczki "Solidarności" matka.Dwie wielkie łzy spłynęły mi po policzkach. Zawsze łatwo wzruszałem się na kacu.- Mamo, przecież wiesz, jaki jest Urban.Wszystko poprzekręcał. Ja nic do niego nie pisałem. To Hołdys...- Znajomi dzwonią od rana...- To i tak dobrze, bo do mnie przez całą noc.- Jestem załamana.- Mamo, niech się mama uspokoi. Jak Wolna Europa i Głos Ameryki mówiły o koncercie, to mama była ze mnie dumna.- No tak, ale teraz...- Przecież mama widziała, że dziennikarze płakali ze śmiechu...- No tak, ale...- Niech mama pójdzie na spacer, albo do pani Heleny, no... pa.Odłożyłem słuchawkę. Potem wykonałem parę rytualnych czynności, jakie facet na kacu wykonać powinien. Siusiu, ząbki, jedno piwo duszkiem, a drugie powoli z dużego szklanego kufla...

Dowiedz się więcej »

Dwa dni w Rostocku (NRD)

Był rok 1987. Mój kolega – manager popularnej grupy rockowej – zachorował. Ktoś jednak musiał pojechać z zespołem do NRD na telewizję. Padło na mnie. Wylądowaliśmy w Rostocku w pięknym pięciogwiazdkowym hotelu. Nie, nie przylecieliśmy samolotem. Jeździło się wtedy ciężarowymi Mercedesami z powiększoną do siedmiu miejsc kabiną. Z tyłu wozu jechały instrumenty, sprzęt i inne dziwne rzeczy. Samochód był prywatny, a właściciel zarabiał nim więcej niż niejedna gwiazda estrady. Niemcy też dobrze płacili. Najpierw za każdy kilometr ileś tam fenigów, potem za każdą osobę, która jechała, i wreszcie za każdy kilogram wiezionego sprzętu. Dawało to w sumie na trasie Warszawa–Rostock sumę równą połowie naszego kontraktu, który opiewał na sumę kilku tysięcy marek. Jak na dwa dni pracy – to nieźle.

Dowiedz się więcej »