Dwa dni w Rostocku (NRD)

Był rok 1987. Mój kolega – manager popularnej grupy rockowej – zachorował. Ktoś jednak musiał pojechać z zespołem do NRD na telewizję. Padło na mnie. Wylądowaliśmy w Rostocku w pięknym pięciogwiazdkowym hotelu. Nie, nie przylecieliśmy samolotem. Jeździło się wtedy ciężarowymi Mercedesami z powiększoną do siedmiu miejsc kabiną. Z tyłu wozu jechały instrumenty, sprzęt i inne dziwne rzeczy. Samochód był prywatny, a właściciel zarabiał nim więcej niż niejedna gwiazda estrady. Niemcy też dobrze płacili. Najpierw za każdy kilometr ileś tam fenigów, potem za każdą osobę, która jechała, i wreszcie za każdy kilogram wiezionego sprzętu. Dawało to w sumie na trasie Warszawa–Rostock sumę równą połowie naszego kontraktu, który opiewał na sumę kilku tysięcy marek. Jak na dwa dni pracy – to nieźle.

Dowiedz się więcej »